Herbata zaczynała swoją karierę jako napój arystokracji
Wywiad Roberta Mazurka z Martą Dziok-Kaczyńską, autorką książki „Anglia. Czas na herbatę”

Twoja książka „Anglia. Czas na herbatę” to przewodnik czy bardziej osobista opowieść o życiu w Wielkiej Brytanii?
Zdecydowanie bardziej to drugie. Nie ma tutaj przewodnikowych treści, poza jednym rozdziałem, w którym polecam najpiękniejsze moim zdaniem zakątki Anglii. Jest za to sporo moich doświadczeń i subiektywnych ocen. Starałam się też zamieścić sporą dawkę historii.
Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie Anglią? Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia?
Zdecydowanie nie. Po przeprowadzce z dużego miasta, jakim jest Glasgow, do małego miasteczka w angielskim hrabstwie Surrey, przeżyłam szok kulturowy. Sama pochodzę z Gdańska, zbliżonego wielkością do Glasgow i przestawienie się na inny tryb życia było ciężkie. A Londyn z kolei wydawał mi się zbyt przytłaczający. Zajęło mi trochę czasu, żeby się odnaleźć.
Co Cię najbardziej zaskoczyło, kiedy po raz pierwszy przyjechałaś na Wyspy?
To, że tylko jakiś procent ludności używa angielskiego, znanego z kaset na lekcji angielskiego. Pierwszą moją stycznością z Wielką Brytanią była Szkocja, znana z mocnego akcentu i nie mogłam na początku uwierzyć, że to też angielski. Wydawało mi się, że wszyscy są Niemcami. Po latach nie miałam już problemu ze zrozumieniem Szkotów i obecnie uwielbiam te mniej typowe akcenty.
Jak zmieniało się Twoje spojrzenie na Anglię przez lata?
Myślę, że długo czułam, że Szkocja jest mi bliższa, a Anglia to trochę „wróg”. Zajęło mi sporo czasu, żeby ją docenić. Choć wciąż czuję bliskość i podziw dla Szkotów, Walijczyków czy wojujących z okupantem Irlandczyków, to doceniam i zalety angielskości.
Czy Londyn to dla Ciebie esencja Anglii, czy zupełnie inny świat?
Londyn jest państwem w państwie. Na pewno tworzy własne uniwersum, zrozumiałe dla swoich mieszkańców. Ale też nie ma jednej „prawdziwej” Anglii. Inna jest północ, południe, inaczej żyje się w miastach, a inaczej na wsiach. Ba, nawet w różnych dzielnicach Londynu można mieć zupełnie różne doświadczenia związane ze stylem życia.
Mówi się o podziałach między północą a południem Anglii. Czy są one rzeczywiście tak wyraźne?
Tak, bardzo. Wynika to z historii. Na południu rozwijały się instytucje władzy, tutaj też było centrum kulturalno-polityczne. Północ zaś industrializowała się i rozwijała przemysł. Co oznaczało niestety, że kiedy przemysł upadł, poniosła ekonomiczne i społeczne koszty tej przemiany.
Różny charakter tych części kraju wpłynął też długofalowo na pewne cechy mieszkańców, co potwierdzają badania. Północ jest bardziej życzliwa w życiu codziennym, natomiast południe – bardziej tolerancyjne. Na północy większe znaczenie miały wspólnoty, bo ludzie musieli bardziej się wspierać, z kolei południe przoduje w indywidualizmie, ale i sumienności. To oczywiście wyniki statystyczne.
Wielka Brytania jest krajem wielokulturowym – jak ta różnorodność wpływa na codzienne życie?
Sama mam pozytywne doświadczenia, bo zarówno na studiach jak i w pracy, łatwo było mi wejść w nowe środowisko i czułam się życzliwe przyjęta. Podobnie czujemy się w przypadku szkoły córek – chodzą do niej dzieci z 92 różnych narodowości, a mimo to wspólnota szkolna jest zgrana i przyjacielska. I nikomu nie przeszkadza, że w jasełkach występowały dzieci wszelkich religii, a festyn bożonarodzeniowy organizuje muzułmanka. Dzieciaki uczą się o wszystkich religiach, bez wskazywania kto ma rację. Dostrzegam jednak, że jako osoba z wyższym wykształceniem zdobytym na miejscu i o białym kolorze skóry, miałam w tym społeczeństwie pewne fory. I nie będę udawać, że wszyscy będą mieć takie same doświadczenia. Ani, że nie istnieje rasizm i nie ma żadnych tarć. Natomiast w moim codziennym życiu i okolicy ich nie czuję i nie obserwuję.
Jak Anglicy postrzegają Polaków? Czy stereotypy nadal mają wpływ na relacje między naszymi narodami?
Z mojego doświadczenia, typowi Anglicy raczej cenią Polaków jako ciężko pracujących specjalistów. Polskie ekipy budowlane mają najczęściej lepszą renomę niż brytyjskie. Myślę, że polski hydraulik, mechanik czy osoba sprzątająca to marka sama w sobie. Oczywiście pewnie wolelibyśmy być widziani jako wybitni naukowcy czy artyści niż hydraulicy, ale i to się zmienia. Polacy są obecni w wielu miejscach, w tym w mediach i na uczelniach, i odnoszą sukcesy. Obok hydraulika marką jest też na przykład polski programista.
Wspominasz o brytyjskiej uprzejmości i dystansie – jak Polacy odnajdują się w tej kulturze?
Często wydaje im się, że codzienne formy grzecznościowe są zakłamaniem. Sama bardzo je lubię. Nie obchodzi mnie, co kto o mnie mówi za plecami, jeśli na co dzień mam z nim spokój. Wiem jednak, że sporo osób napływowych, nie tylko zresztą Polaków, nie lubi słynnego „how are you”, na które odpowiedzą wcale nie ma być prawda o naszym aktualnym stanie życia, tylko krótkie „alright, and you?”.
Picie herbaty to niemal narodowy rytuał Brytyjczyków. Czy ten zwyczaj wciąż ma duże znaczenie?
Nie wiem czy w ogóle nazwałabym to rytuałem, ta herbata po prostu jest wszędzie i pije się ją często i przy każdej okazji. Herbata zaczynała swoją karierę jako napój arystokracji, stopniowo zdobywając uznanie niższych klas społecznych. W XIX wieku trafiła „pod strzechy”, ponieważ stała się w Imperium Brytyjskim tania, podobnie jak cukier. Można było ją też parzyć więcej niż raz i smakowała dobrze, a z mlekiem i cukrem dostarczała robotnikom trochę kalorii.
Do dzisiaj zresztą dostarcza. Przerwa na herbatę w pracy jest aktualnym zwyczajem. W biurach, gdzie pracowałam, często robiło się herbatę dla całego zespołu i znakomicie znało się indywidualne preferencje współpracowników. Bo każdy parzył codziennie jedną „kolejkę”. Co oznaczało codzienną konsumpcję od kilku do czasem prawie dziesięciu filiżanek...
Jak wygląda prawdziwy angielski pub? Czy faktycznie to miejsce, gdzie znikają wszelkie konwenanse?
Wciąż obowiązuje kultura osobista, poszanowanie drugiego człowieka i zwykła przyzwoitość. Pub to nie pieczara smoka. Ale można tam zupełnie luźno porozmawiać z obcymi ludźmi i nikt nie uzna tego za dziwaczne.
Pub jest miejscem, gdzie można pójść na spotkanie biznesowe, randkę, a nawet z dziećmi na obiad. Ogląda się tu mecze, czasem gra muzyka na żywo, gdzie indziej będzie organizowany wieczorem poetycki.
W pubie pije się alkohol, owszem, ale jednocześnie nie jest w dobrym tonie upijanie się. Bo ma to być miejsce bezpieczne i przyjazne.
Co najbardziej fascynuje Cię w angielskim humorze? Czy rzeczywiście jest tak specyficzny?
Jest dużo bardziej cięty, ale też w stosunku do osoby go używającej. Owszem, osobiste docinki to element brytyjskiego humoru, ale Anglik, ani w ogóle Brytyjczyk, musi mieć też dystans do siebie i być gotowym na przyjęcie humorystycznej krytyki. Branie siebie zbyt poważnie i obrażanie się to śmiertelny grzech.
Czy mit o kiepskiej brytyjskiej kuchni jest prawdziwy? A może jest w niej coś, co naprawdę warto docenić?
Kuchnia brytyjska nie może równać się z wyrafinowaniem kuchni francuskiej czy smakami Włoch, ale trzeba brać poprawkę, że ich klimat i dostępne produkty są z innych światów. Ale już z kuchnią skandynawską czy niemiecką – jak najbardziej. I nie jest od nich tak bardzo odległa.
Jak dla mnie Sunday Roast, czyli niedzielna pieczeń z warzywami, English breakfast czy bułeczki scones są pyszne. Nie są wyrafinowanymi daniami, tak jak kotlet z ziemniakami i kapustą nie jest szczytem finezji, co jednak nie oznacza, że nie je się ich z przyjemnością.
Podobno Brytyjczycy przywiązani są do biurokracji i zasad. Jak to wygląda w praktyce?
Załatwienie wielu rzeczy trwa bardzo długo, bo sprawa musi przejść przez ileś osób decyzyjnych, albo jest skomplikowana wielopoziomowa procedura załatwiania spraw. Dla osoby wpadającej do kraju na chwilę nie będzie to specjalnie odczuwalne, ale po latach pracy, aplikacji na obywatelstwo czy przy zakupie mieszkania, a obecnie w kontaktach z władzami dzielnicy odnośnie wielkiego remontu okolicy – mam całkiem spory przekrój takich procesów. Jednocześnie, są one żmudne i nudne, ale nie tak nieprzyjazne jak to co słyszę o Francji.
Często przy okazji różnych spotkań czy wydarzeń mówi się najpierw o sprawach organizacyjnych, jak to, gdzie są wyjścia ewakuacyjne albo punkt zbiórki w przypadku pożaru.
Brytyjczycy kochają się organizować – nawet nasz szkolny komitet rodzicielski musi być zarejestrowany jako organizacja charytatywna i rozliczać się ze zbiórek pieniędzy ze szkolnych festynów. Nawet takie małe instytucje nie mogą działać „na gębę”. Natomiast nie uważam, że to jest zawsze zło. A założenie działalności w Wielkiej Brytanii jest zaskakująco szybkie i łatwe.
Brexit był dużym wydarzeniem – jak wpłynął na życie Polaków mieszkających w Anglii?
Wiem, że wiele osób zdecydowało się na powrót do Polski. Wciąż jest nas tu jednak około 700-800 tysięcy. Jesteśmy największą mniejszością w Wielkiej Brytanii.
Na pewno nie ma już tych możliwości dla nowych przyjezdnych, które były otwarte dla mnie. Jednak, szczerze mówiąc, moje życie codzienne niespecjalnie się zmieniło.
Czy z perspektywy czasu Brytyjczycy uważają, że Brexit był dobrą decyzją?
Nie znam nikogo, kto by tak uważał. Nawet Dominic Cummings, jeden z architektów Brexitu, tak nie uważa. Partia Konserwatywna w poprzednich wyborach bardzo omijała ten temat, wiedząc, że nie ma zupełnie się czym chwalić.
Jak wygląda obecny stosunek Anglików do monarchii? Czy śmierć królowej Elżbiety II coś zmieniła?
Królowa była ikoną, dla której szacunek mieli nawet przeciwnicy monarchii. Łączyła współczesność ze światem przeszłości, spotkała przecież na przestrzeni dekad wiele czołowych postaci światowej polityki i kultury. Oni odchodzili, a ona trwała. Jej następcy nie mają tego atutu i nie wywołują aż takiej sympatii i szacunku. Chociaż William i Kate wciąż są powszechnie lubiani.
Jakie miejsce w Anglii zrobiło na Tobie wrażenie, a jakie przyniosło największe rozczarowanie?
Stonehenge to największe rozczarowanie. Spodziewałam się majestatycznej, wielkiej konstrukcji, jak ze zdjęć. W rzeczywistości jest o wiele mniejsza niż myślałam i nie można podejść zbyt blisko.
Wrażenie robi na mnie mnóstwo rzeczy, myślę, że nie ma miesiąca, żebym nie zobaczyła czegoś wspaniałego. Mogę na pewno polecić dramatyczne widoki Peak District, piękne kredowe klify południowego wybrzeża, ale i urokliwe wrzosowiska czy kanały, po których pływają barki.
Czy Anglia to kraj, w którym można się zakochać i zostać na zawsze, czy raczej przyjechać i wyjechać z bagażem doświadczeń?
Jedno i drugie. Zależy od człowieka. Lista osób, które przyjechały niby na chwilę, a zostały na całe życie, jest długa.
Czy planujesz kiedyś wrócić do Polski, czy Anglia stała się Twoim domem na dobre?
Nigdy nie mówię nigdy, ale jest mi tutaj dobrze. Spędziłam tu pół życia i czuję się jak w domu.
Data publikacji: 27.03.2025 r.