Jasiek Mela

Urodził się 30 grudnia 1988 roku w Gdańsku. Jest podróżnikiem, działaczem społecznym i mówcą motywacyjnym oraz ojcem trójki dzieci. W wieku 13 lat, w wyniku porażenia prądem, stracił rękę i nogę. Mimo tej tragedii szybko wrócił do aktywności i stał się inspiracją dla wielu osób z niepełnosprawnościami.

W 2004 roku, wraz z polarnikiem Markiem Kamińskim, w ciągu jednego roku zdobył oba bieguny Ziemi – Biegun Północny i Biegun Południowy. Został tym samym najmłodszą osobą w historii, która tego dokonała, a jednocześnie pierwszą osobą z niepełnosprawnością, która zdobyła oba bieguny w jednym roku.

W kolejnych latach uczestniczył w licznych wyprawach i wyzwaniach sportowych: zdobył Kilimandżaro i Elbrus, wspinał się na ścianę El Capitan, przebiegł New York City Marathon oraz ukończył triathlon Herbalife IRONMAN 70.3 Gdynia. Na co dzień porusza się na protezie nogi.

Przez 11 lat prowadził Fundację Poza Horyzonty, która pomaga osobom po amputacjach wracać do aktywnego życia. Od lat pokazuje, że mimo tragicznych doświadczeń można żyć pełnią życia i realizować swoje pasje oraz marzenia.
Jego historia stała się inspiracją dla filmu fabularnego „Mój biegun” z 2013 roku. Ponadto jest autorem książki „Poza horyzonty” (2010) oraz współautorem – wraz z Łukaszem Popko OP – książki „Ostatnie dni Jezusa” (2024). Występował także w programie telewizyjnym „Dancing with the Stars: Taniec z gwiazdami”. W 2016 roku był ambasadorem Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

Za swoją działalność społeczną i osiągnięcia otrzymał liczne nagrody, m.in. wyróżnienie „Człowiek bez barier” oraz nagrodę Kolosy w kategorii „Wyczyn roku”. W 2023 roku został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

 

 

 

 

Przez bieguny, góry i własne ograniczenia. Spotkanie z Janem Melą w Radzyniu

„Niemożliwe to tylko wymówka” – pod takim hasłem odbędzie się wyjątkowe spotkanie z Janem Melą, które będzie częścią 61. edycji „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”. Już 2 czerwca mieszkańcy Radzynia Podlaskiego i okolic będą mieli okazję spotkać człowieka, którego historia od lat inspiruje tysiące ludzi w Polsce i na świecie, pokazując, że nawet najtrudniejsze doświadczenia mogą stać się początkiem niezwykłej drogi.

 

 

Wydarzenie rozpocznie się o godz. 11.00 uroczystym odsłonięciem tabliczki na Skwerze Podróżników w Radzyniu Podlaskim. Następnie o godz. 11.30 w I Liceum Ogólnokształcącym w Radzyniu Podlaskim przy ul. Partyzantów 8 odbędzie się spotkanie z podróżnikiem. Wstęp na wydarzenie jest wolny. Spotkanie realizowane jest w ramach projektu „Wsparcie procesu transformacji szkolnictwa specjalnego na terenie Powiatu Radzyńskiego”. Organizatorami wydarzenia są Radzyńskie Stowarzyszenie „Podróżnik” oraz I Liceum Ogólnokształcące w Radzyniu Podlaskim.

Jan Mela to podróżnik, działacz społeczny, mówca motywacyjny i tata trójki dzieci. Urodził się 30 grudnia 1988 roku w Gdańsku. Gdy miał zaledwie 13 lat, w wyniku porażenia prądem stracił rękę i nogę. – Tragiczne wydarzenie, które mogło przekreślić marzenia i plany młodego chłopca, stało się jednak początkiem niezwykłej historii o odwadze, sile charakteru i przełamywaniu własnych ograniczeń. Mimo ogromnych trudności bardzo szybko wrócił do aktywnego życia, stając się inspiracją dla wielu osób z niepełnosprawnościami oraz wszystkich tych, którzy mierzą się z przeciwnościami losu – powiedział Robert Mazurek, pomysłodawca i organizator „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”.

W 2004 roku, mając zaledwie 15 lat, wraz z legendarnym polarnikiem Markiem Kamińskim zdobył w ciągu jednego roku Biegun Północny i Biegun Południowy. Tym samym został najmłodszą osobą w historii, która dokonała takiego wyczynu, a jednocześnie pierwszą osobą z niepełnosprawnością, która zdobyła oba bieguny w jednym roku. Był to jednak dopiero początek jego niezwykłych wypraw i sportowych wyzwań. W kolejnych latach zdobył Kilimandżaro i Elbrus, wspinał się na słynną ścianę El Capitan, przebiegł New York City Marathon oraz ukończył wymagający triathlon Herbalife IRONMAN 70.3 Gdynia.

Przez jedenaście lat prowadził Fundację Poza Horyzonty, pomagając osobom po amputacjach wracać do aktywnego życia i odzyskiwać wiarę w siebie. Swoją działalnością społeczną oraz życiową postawą od lat pokazuje, że ograniczenia często istnieją jedynie w naszych głowach, a człowiek posiada znacznie większą siłę, niż mogłoby się wydawać. Jak sam mówi: „Nie znamy swojej siły, póki nie pojawi się konieczność jej wykorzystania”.

Historia Jana Meli stała się inspiracją dla filmu fabularnego „Mój biegun”. Jest on również autorem książki „Poza horyzonty” oraz współautorem publikacji „Ostatnie dni Jezusa”. Za swoją działalność społeczną i osiągnięcia otrzymał wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym tytuł „Człowiek bez barier”, nagrodę Kolosy w kategorii „Wyczyn roku” oraz Złoty Krzyż Zasługi.

Podczas spotkania zatytułowanego „Niemożliwe to tylko wymówka” Jan Mela opowie o sile, determinacji i odwadze potrzebnej do pokonywania własnych słabości. Będzie to inspirująca opowieść o poszukiwaniu motywacji, budowaniu wiary w siebie oraz odnajdywaniu sensu nawet w najtrudniejszych momentach życia. To spotkanie z pewnością pozostanie na długo w pamięci wszystkich uczestników.

 

Data publikacji: 11.05.2026 r.

 

 

Najtrudniej było uwierzyć w siebie

Najtrudniejszą górą, na jaką przyszło mi się wspinać, nie był żaden ośmiotysięcznik ani biegun, ale poczucie własnej wartości, zaakceptowanie i polubienie siebie po wypadku – mówił 2 czerwca 2026 roku Jasiek Mela podczas 61. edycji „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”. Jego wystąpienie było czymś znacznie więcej niż opowieścią o zdobywaniu biegunów i górskich szczytów. Stało się poruszającą lekcją o pokonywaniu własnych ograniczeń, sile relacji i wdzięczności wobec osób, które pojawiają się na naszej drodze.

 

 

Wizyta gościa rozpoczęła się od odsłonięcia pamiątkowej tablicy na Skwerze Podróżników. Wśród mieszkańców, młodzieży i zaproszonych gości Jan Mela symbolicznie dołączył do grona osób uhonorowanych w tym wyjątkowym miejscu. Pamiątkowa tabliczka ma charakterystyczny kształt łapy niedźwiedzia, nawiązujący do herbu Radzynia Podlaskiego. Jak podkreślali organizatorzy, w ten sposób biały niedźwiedź symbolicznie „wędruje” po skwerze wraz z kolejnymi wybitnymi podróżnikami. – To dla mnie ogromny zaszczyt, że mogę znaleźć się w takim gronie – przyznał.

Po odsłonięciu tablicy podróżnik zwrócił się do zebranych. Nie mówił wyłącznie o swoich wyprawach i sportowych osiągnięciach. Podkreślał przede wszystkim znaczenie ludzi, których spotkał na swojej drodze. – Pokazali mi, że niepełnosprawność nie oznacza końca świata. Gdyby nie oni, nie byłbym dziś tutaj – zaznaczył.

Podczas uroczystości starosta radzyński Szczepan Niebrzegowski wręczył Jaśkowi Meli pamiątkowy medal „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”. – Udowodnił pan swoim życiem, że jeżeli człowiek ma marzenia, to zawsze się podniesie. Wielki szacunek za to, co pan zrobił i nadal robi – powiedział.

Po części plenerowej Jasiek Mela spotkał się z publicznością w hali I Liceum Ogólnokształcącego. Wśród uczestników znaleźli się uczniowie szkół z Radzynia Podlaskiego, Parczewa, Drelowa i Białej Podlaskiej, a także wychowankowie Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Jak podkreślała dyrektor I LO Ewa Grodzka, społeczność szkolna czekała na tę wizytę od początku roku szkolnego. Zwróciła również uwagę, że wydarzenie doskonale wpisuje się w realizowany przez szkołę projekt wspierający edukację włączającą oraz integrację uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. – Trudno byłoby znaleźć lepszego gościa do rozmowy o odwadze, determinacji i pokonywaniu własnych ograniczeń – podkreśliła.

Nie o biegunach, lecz o życiu

Witając gościa, prezes Radzyńskiego Stowarzyszenia „Podróżnik” i organizator spotkania Robert Mazurek przypomniał jego drogę – od tragicznego wypadku, przez zdobycie obu biegunów wraz z Markiem Kamińskim, aż po działalność społeczną i pomoc osobom po amputacjach. Sam bohater szybko jednak zaznaczył, że nie zamierza opowiadać o tym, jak buduje się igloo w drodze na biegun, ale o tym, co w jego życiu było naprawdę trudne.

Już od pierwszych minut zjednał sobie publiczność szczerością, poczuciem humoru i dystansem do siebie. Bez patosu mówił o sprawach, które przez wiele lat były dla niego źródłem bólu.

Wydawało się, że to koniec

Wracając do wydarzeń sprzed lat, wspominał czas po wypadku, gdy jako trzynastolatek został porażony prądem. Aby uratować mu życie, lekarze musieli amputować część ręki i nogi. – Wydawało mi się, że to koniec aktywnego życia – przyznał.

Przez wiele miesięcy zmagał się z poczuciem, że nie pasuje do otaczającego świata. – Wszyscy porównujemy się do innych. Chcemy pasować. A kiedy dzieją się rzeczy, które sprawiają, że nie pasujemy, bardzo trudno sobie z tym poradzić – tłumaczył.

Wyznał, że przez długi czas ukrywał niepełnosprawność pod długimi ubraniami, nawet podczas upałów. Nie akceptował swojego wyglądu. Wspominał, że mieszkając przez pewien czas na jedenastym piętrze we Wrocławiu, codziennie korzystał z przeszklonej windy i musiał patrzeć na to, czego najbardziej nie lubił i czego najbardziej się wstydził – samego siebie.

– W moim otoczeniu nie było osób po amputacjach, więc wydawało mi się, że tylko ja jestem inny. Kiedy kumple szli na piłkę, nie pytali chłopaka bez nogi, czy chce z nimi zagrać. Podobnie było, gdy wybierali się w góry. Miałem poczucie, że bardzo mocno muszę dorównać innym i cały czas udowadniać, że dam sobie radę – opowiadał.

– Najtrudniejszą górą, na jaką przyszło mi się wspinać, nie był żaden ośmiotysięcznik ani biegun. Było nią poczucie własnej wartości, zaakceptowanie i polubienie siebie po wypadku. Przygotowanie do wyprawy na biegun zajęło półtora roku. Przygotowanie do polubienia samego siebie zajęło mi około dziesięciu lat – dodał.

To była wymówka

Jednym z najważniejszych momentów jego życia okazało się spotkanie z Markiem Kamińskim. Nie dlatego – jak podkreślał – że dzięki podróżnikowi zdobył oba bieguny, ale dlatego, że po raz pierwszy ktoś spojrzał na niego inaczej, niż on sam. – Powiedział mi: „Nie ma znaczenia, ile masz rąk czy nóg. Nie ma znaczenia, że dziś w siebie nie wierzysz. Ja wierzę, że możesz zrobić coś niezwykłego”.

Kiedy Kamiński zaproponował mu udział w wyprawie na biegun, na początku stwierdził, że to nierealne. Usłyszał jednak słowa, które zapamiętał na całe życie. – Marek powiedział: „Możesz powiedzieć «tak» albo «nie», ale jeśli już na początku będziesz chciał się poddać, bo twierdzisz, że nie dasz sobie rady z powodu niepełnosprawności, będzie to wymówka” – opowiadał.

Dla nastolatka było to trudne. – Byłem w szoku. Jak to wymówka? Przecież naprawdę nie miałem ręki i nogi. Dzisiaj wiem, że miał rację. Długo zasłaniałem się tą wymówką. Mówiłem: chciałbym podróżować, ale nie mam ręki i nogi. Chciałbym mieć dobrą pracę, ale nie mam ręki. Chciałbym założyć rodzinę, ale jaka dziewczyna mnie zechce? Tymczasem wiele z tych rzeczy było możliwych – zaznaczył.

Podkreślał, że zgoda na udział w wyprawie nie oznaczała sukcesu. Przed nim były miesiące ciężkich treningów, przygotowań i pokonywania własnych lęków.

Lekcja od dziewczyny bez rąk

Jasiek Mela wielokrotnie wracał do osób, które spotkał na swojej drodze. To właśnie one – bardziej niż wyprawy czy sportowe wyzwania – zmieniły jego sposób patrzenia na świat.

Szczególnie zapamiętał spotkanie z dziewczyną poznaną podczas Festiwalu Zaczarowanej Piosenki Anny Dymnej. Kobieta urodziła się bez rąk. – Myślałem: ja mam przekichane? Tu dopiero jest hard core. Zastanawiałem się, jak ona znajduje motywację, żeby każdego dnia wstać z łóżka i wyjść z domu, jak może patrzeć w lustro – wspominał.

Szybko okazało się jednak, że prowadzi samochód, pracuje, realizuje pasje i świetnie radzi sobie w codziennym życiu. Największe wrażenie zrobił na nim wspólny posiłek. – Zdjęła buty, skarpetki, stopami złapała sztućce i zjadła cały obiad, a potem chusteczką wytarła buzię. Byłem w szoku nie tylko dlatego, że sobie poradziła, ale także dlatego, że kompletnie nie przejmowała się tym, co pomyślą inni – przyznał.

To doświadczenie nauczyło go patrzeć nie na to, czego człowiekowi brakuje, ale na to, co posiada. – Wszystko jest kwestią perspektywy. Spotykając takie osoby, zacząłem inaczej patrzeć na własne ograniczenia – stwierdził.

Przywołał również słowa amerykańskiego łyżwiarza figurowego Scotta Hamiltona, który powiedział, że jedyną prawdziwą niepełnosprawnością jest złe nastawienie. – Dlatego skupiajmy się na tym, co mamy, a nie na tym, czego nam brakuje. Nie na naszych ograniczeniach, ale na możliwościach – apelował, dodając, że wiele rzeczy trzeba sobie w życiu wypracować.

Najważniejsza wyprawa

Ogromne emocje wywołała część poświęcona relacjom rodzinnym. Podróżnik bardzo otwarcie opowiadał o trudnym dzieciństwie i konflikcie z ojcem. – Każdy z nas rodzi się synem lub córką, ale nikt nie rodzi się rodzicem i kiedy na świat przychodzi dziecko, nie ma instrukcji, jak postępować. Moi rodzice pochodzą z rodzin przemocowo-alkoholowych i nie byli, zwłaszcza tata, nauczeni miłości. Wychowywał mnie raczej w surowy sposób. Nasze relacje były tak trudne, że nawet nie mogliśmy udawać, iż jest inaczej. Marzyłem tylko o tym, żeby wyprowadzić się z domu, o chwili, gdy stanę w progu ze spakowanym plecakiem i powiem: „Do zobaczenia na twoim grobie”. W pewnym momencie jednak coś w nas pękło, wylały się cały żal oraz nagromadzona latami złość – wspominał, dodając, że właśnie wtedy zaczął poznawać historię własnego ojca i doświadczenia, które go ukształtowały.

– Tata bardzo się otworzył. Opowiedział mi o różnych kwasach ze swojego dzieciństwa, a także o tym, jak w moim wieku chodził na siłownię nie po to, by podobać się dziewczynom, ale aby móc obronić swoją mamę przed pijanym ojcem, oraz o tym, jak w dorosłym życiu uciekał w narkotyki. Zrozumiałem wtedy, że agresja nie bierze się z siły, ale ze słabości – stwierdził.

Rozmowy, które początkowo były bolesne, pozwoliły odbudować wzajemną więź. – Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że będę przyjaźnił się ze swoim ojcem, uznałbym to za niemożliwe. A dziś tak właśnie jest – zapewnił.

Tak pomogłeś mi dzisiaj

Przez całe wystąpienie przewijała się jedna myśl – warto skupiać się na tym, co mamy, a nie na tym, czego nam brakuje. Podróżnik wielokrotnie wracał do jednego wątku – wdzięczności. Przypominał, że choć w jego życiu nie brakowało trudnych doświadczeń – od pożaru domu, przez śmierć brata, której był świadkiem, po wypadek – czuje się szczęściarzem. – To właśnie dzięki temu nauczyłem się doceniać dobro i osoby, które spotkałem na swojej drodze. Jestem za to ogromnie wdzięczny – podkreślał.

Na koniec zwrócił się do młodych: – Spotkacie w życiu ludzi, którzy będą was wspierać, ale i takich, którzy będą przekonywać, że się do niczego nie nadajecie. Sztuka polega na tym, by mieć w sobie odporność i nie oddać im prawa do decydowania o tym, kim jesteście. Mamy jedno życie. Warto wykorzystać je jak najlepiej. Nie ma takiego dołka, z którego nie da się wyjść, i nie ma takiego problemu, którego nie da się rozwiązać.

Jego słowa trafiały zarówno do młodzieży, jak i dorosłych. Nieprzypadkowo po zakończeniu wystąpienia sala nagrodziła go długą owacją. Wzruszenia nie kryli również organizatorzy.

– Jestem ci przeogromnie wdzięczna za tę receptę na życie, którą nam dzisiaj dałeś. Przeżyłeś wiele dramatów i wiele szczęścia, a jest w tobie tyle pokory i wdzięczności. Czuję się bardzo zmotywowana, jakbym dostała nowych skrzydeł do życia i radości – mówiła dyrektor I LO Ewa Grodzka.

Jeszcze bardziej osobiste słowa padły z ust starosty Szczepana Niebrzegowskiego. – Nie wiem, co powiedzieć. Tak pomogłeś mi dzisiaj. Starosta to taki człowiek, który jest kłębkiem stresów związanych z funkcjonowaniem samorządu. Po twojej wypowiedzi jestem lżejszy o co najmniej 20 kilogramów. Zainspirowałeś nie tylko młodych ludzi, ale także nas, tych starszych – przyznał.

Jak podkreślił, usłyszał podczas tego wieczoru wiele prawd, które na co dzień wydają się oczywiste, ale często o nich zapominamy. – Chciałbym, żebyś przyjeżdżał tu co miesiąc i o nich przypominał. Czasami trzeba kogoś tak wiarygodnego jak ty, żeby naprawdę do nas dotarły. To było cudowne spotkanie i nigdy go nie zapomnę – mówił.

Na zakończenie spotkania gość otrzymał pamiątkowe upominki, w tym tradycyjną karykaturę przygotowaną przez organizatorów „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”.

Choć Jasiek Mela jest zdobywcą biegunów, himalajskich szczytów i uczestnikiem najtrudniejszych zawodów sportowych, z Radzynia uczestnicy wyjechali przede wszystkim z inną myślą: że największe przeszkody często nie stoją na naszej drodze, lecz w naszej głowie, a ich pokonanie zaczyna się od wiary w siebie i ludzi, których spotykamy po drodze.

Jolanta Krasnowska-Dyńka

 

 

Data publikacji: 10.06.2026 r.

 

 

_DSC0808
_DSC0809
_DSC0810
_DSC0811
_DSC0812
_DSC0813
_DSC0814
_DSC0815
_DSC0816
_DSC0817
_DSC0818
_DSC0820
_DSC0822
_DSC0823
_DSC0824
_DSC0825
_DSC0826
_DSC0827
_DSC0828
_DSC0829
_DSC0830
_DSC0831
_DSC0832
_DSC0833
_DSC0834
_DSC0836
_DSC0837
_DSC0838
_DSC0839
_DSC0840
_DSC0841
_DSC0842
_DSC0843
_DSC0844
_DSC0845
_DSC0846
_DSC0847
_DSC0848
_DSC0849
_DSC0850
_DSC0851
_DSC0852
_DSC0853
_DSC0854
_DSC0855
_DSC0856
_DSC0857
_DSC0858
_DSC0859
_DSC0860
_DSC0861
_DSC0862
_DSC0864
_DSC0865
_DSC0867
_DSC0868
_DSC0869
_DSC0870
_DSC0871
_DSC0872
_DSC0873
_DSC0874
_DSC0875
_DSC0876
_DSC0877
_DSC0879
_DSC0881
_DSC0887
_DSC0888
_DSC0891
_DSC0892
_DSC0893
_DSC0894
_DSC0895
_DSC0896
_DSC0897
_DSC0898
_DSC0899
_DSC0900
_DSC0902
_DSC0903
_DSC0904
_DSC0905
_DSC0907
_DSC0908
_DSC0909
_DSC0911
_DSC0912
_DSC0914
_DSC0915
_DSC0916
_DSC0917
_DSC0918
_DSC0919
_DSC0920
_DSC0921
_DSC0922
_DSC0923
_DSC0924
_DSC0925
_DSC0926
_DSC0927
_DSC0928
_DSC0929
_DSC0930
_DSC0931
_DSC0932
_DSC0934
_DSC0935
_DSC0937
_DSC0939
_DSC0940
_DSC0942
_DSC0943
_DSC0944
_DSC0947
_DSC0949
_DSC0954
_DSC0957
_DSC0958
_DSC0959
_DSC0960
_DSC0961
_DSC0963
_DSC0964
_DSC0965
_DSC0966
_DSC0967
_DSC0969
_DSC0970
_DSC0971
_DSC0972
_DSC0973
_DSC0974
_DSC0975
_DSC0977
_DSC0978
_DSC0979
_DSC0980
_DSC0982
_DSC0983
_DSC0985
_DSC0986
_DSC0987
_DSC0988
_DSC0989
_DSC0990
_DSC0991
_DSC0992
_DSC0993
_DSC0994
_DSC0995
_DSC0996
_DSC0997
_DSC0998
_DSC0999
_DSC1000
_DSC1001
_DSC1002
_DSC1003
_DSC1004
_DSC1006
_DSC1008
_DSC1009
_DSC1010
_DSC1011
_DSC1012
_DSC1013
_DSC1014
_DSC1015

 

 

Od biegunów po codzienne Kilimandżaro

Wywiad Roberta Mazurka z podróżnikiem Jaśkiem Melą, najmłodszym zdobywcą biegunów ziemi

 

 

W Twoim dzieciństwie wydarzyło się wiele dramatycznych chwil – pożar domu, śmierć młodszego brata oraz ciężki wypadek, w którym straciłeś rękę i nogę. Mimo tych doświadczeń nazywasz siebie „szczęściarzem”. Skąd bierze się w Tobie takie podejście?

Trochę dlatego, że człowiek zwykle znajduje to, czego szuka. Jeśli skupiamy się wyłącznie na problemach i komplikacjach, to zawsze znajdziemy ich bardzo dużo. Ale jeśli chcemy dostrzegać dobro, nawet w trudnych doświadczeniach, to również można je odnaleźć. Kiedy po latach patrzę na swoje życie, na jednej szali kładę wszystkie te trudne doświadczenia – niekoniecznie złe, ale ciężkie, a czasem wręcz tragiczne. Na drugiej szali umieszczam ich pozytywne konsekwencje. I widzę, że tych drugich jest zdecydowanie więcej. Co więcej, wiele dobra, które później się wydarzyło, nie pojawiłoby się, gdyby nie te trudne momenty. To one często stają się impulsem do działania i zmiany.

Jak poznałeś Marka Kamińskiego i jak doszło do Waszych wspólnych wypraw na bieguny?

To był duży zbieg okoliczności. Gdy miałem 13 lat i po porażeniu prądem wysokiego napięcia trafiłem do szpitala w Gdańsku, spędziłem tam trzy miesiące. Pewnego dnia moja mama, idąc do mnie z odwiedzinami, spotkała na ulicy Marka Kamińskiego. Znali się jeszcze z czasów studenckich i mieli wspólnych znajomych. Mama zapytała go wtedy, czy skoro mieszka w tym samym mieście, odwiedziłby mnie kiedyś w szpitalu. Oczywiście nie było wtedy żadnego pomysłu na wspólną wyprawę. Jednak od tego spotkania coś zaczęło się rodzić. Jakieś ziarno zostało zasiane. Do dziś nie wiem dokładnie dlaczego, ale Marek postanowił podzielić się ze mną swoim doświadczeniem i dać mi trochę wiary oraz nadziei.

Dlaczego wybór padł właśnie na bieguny? To dość nietypowe marzenie jak na nastolatka.

To nie był mój wybór, to był pomysł Marka Kamińskiego. Ja pewnie wybrałbym jakieś cieplejsze rejony świata. Ale skoro taki był pomysł, miałem dwa wyjścia: przyjąć go albo odrzucić. Wybrałem to pierwsze.

Czym najbardziej różniły się dla Ciebie wyprawy na biegun północny i południowy?

Różniły się przede wszystkim pod względem warunków. Arktyka jest zamarzniętym morzem, więc poruszamy się właściwie na poziomie morza. Natomiast na Antarktydzie, w okolicach bieguna południowego, znajdujemy się na wysokości ponad trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. To oznacza inne ciśnienie, mniej tlenu i znacznie trudniejsze warunki. Z drugiej strony największą różnicą było to, że pierwsza wyprawa była po prostu pierwsza. Każda kolejna stawała się łatwiejsza, bo było w niej mniej niepewności. Zawsze najtrudniej zrobić pierwszy krok. Dlatego właśnie wyprawa na biegun północny była dla mnie przełomowa.

Jaki był najbardziej kryzysowy moment tamtych podróży? Czy zdarzały się chwile zwątpienia, kiedy chciałeś zrezygnować?

Takie chwile oczywiście się zdarzały. Paradoksalnie jednak więcej kryzysów pojawiło się przed niż w trakcie samej podróży. Przygotowania do wyprawy na biegun północny zajęły nam ponad półtora roku. Sama wyprawa trwała zaledwie dziesięć dni marszu. Oczywiście to właśnie wtedy przychodzi egzamin i najtrudniejsze momenty, ale większość poważnych kryzysów wydarzyła się wcześniej. Dlatego miałem poczucie, że samo wyruszenie w drogę oznacza już połowę sukcesu. Być może tę łatwiejszą połowę, ale jednak.

W ciągu jednego roku zdobyłeś oba bieguny, zapisując się w historii jako najmłodsza osoba z niepełnosprawnością, której się to udało. Czy wtedy miałeś poczucie, że robisz coś wyjątkowego?

To poczucie pojawiło się dopiero po wyprawie. W trakcie myślałem raczej o tym, że jeśli jakimś cudem uda nam się zdobyć biegun północny, to może jakaś lokalna gazeta napisze krótki artykuł o tym, że Marek Kamiński z chłopakiem bez ręki i nogi dotarli na biegun. Skala zainteresowania mediów była jednak dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałem się takiego rozgłosu. Jednocześnie sprawiło to, że trochę mimowolnie znalazłem się w nowej roli – ambasadora osób z niepełnosprawnościami. I w pewnym sensie trwa to do dziś.

Czy to właśnie wtedy „złapałeś bakcyla” podróżowania i postanowiłeś związać z nim swoje życie?

Nie powiedziałbym, że od razu postanowiłem związać z tym całe życie. Natomiast doświadczenie, że coś uznawanego przez wielu za niemożliwe udało się zrealizować, było dla mnie bardzo ważne. Stało się żywym dowodem na to, że naprawdę wiele rzeczy jest możliwych. Skoro udało się osiągnąć tak ambitny cel, naturalne było, by pójść za ciosem i wykorzystać energię, która się pojawiła – również tę medialną. Dzięki temu łatwiej było uruchomić efekt kuli śnieżnej i realizować kolejne projekty.

Twoje wyprawy to nie tylko podziwianie krajobrazów, ale też ogromne wyzwania – jak choćby maraton w Nowym Jorku. Czy lubisz przekraczać własne granice?

Lubię przekraczać granice. Myślę, że w dużej mierze wynika to także z mojej niepełnosprawności. Był taki okres w moim życiu, kiedy miałem ogromną potrzebę udowadniania, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś jestem już od tego trochę dalej, ale wtedy bardzo tego potrzebowałem. Najpierw chciałem udowodnić to sobie, później swojemu tacie, a potem całemu otoczeniu. Chciałem pokazać, że stereotypy i etykiety, którymi posługujemy się wobec innych ludzi, często nie mają sensu. Jeśli ktoś nie ma ręki i nogi, to automatycznie zakładamy, że z czymś sobie poradzi, a z czymś innym nie. Tymczasem takie myślenie warto wyrzucić z głowy.

W 2008 roku zdobyłeś Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki. Co dla Ciebie znaczy określenie „moje Kilimandżaro”?

Ta wyprawa była dla mnie wyjątkowa. Była trzecią dużą ekspedycją w moim życiu, po zdobyciu obu biegunów. W przypadku wypraw polarnych byłem niejako głównym bohaterem projektu. Na Kilimandżaro byłem jednym z siedmiorga uczestników z niepełnosprawnościami. Dało mi to zupełnie inną perspektywę. Kiedy pod koniec długiego dnia marszu byłem skrajnie zmęczony, miałem świadomość, że pozostali uczestnicy czują się podobnie, a może nawet gorzej. Być może właśnie wtedy osoba niewidoma potrzebowała wsparcia albo pomocy. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy i myśleć nie tylko o sobie. Dlatego ta wyprawa nauczyła mnie przede wszystkim empatii. Pokazała mi też, że takie przedsięwzięcia mają sens nie tylko ze względu na sam cel podróży. Chodzi również o to, by problemy i wyzwania osób z niepełnosprawnościami stawały się bardziej widoczne. Kilimandżaro, bieguny czy Everest są symbolami. Tak naprawdę chodzi o nasze codzienne „Kilimandżaro” – wyzwania, które pokonujemy każdego dnia. Jeżeli dzięki takim wyprawom ktoś odważy się wyjść z domu, poszukać pracy, pójść na studia czy spotkać się ze znajomymi mimo swoich lęków i obaw, to znaczy, że miały one głębszy sens.

Opowiedz proszę o fundacji „Poza Horyzonty”, którą założyłeś i przez wiele lat prowadziłeś.

Fundacja powstała między innymi z potrzeby spłacenia pewnego długu wdzięczności. Miałem w życiu ogromne szczęście do ludzi, którzy pomogli mi – zarówno w przenośni, jak i dosłownie – stanąć na nogi. Otrzymałem wsparcie psychiczne, ale także bardzo konkretną pomoc materialną. Proteza warta kilkadziesiąt tysięcy złotych była czymś, co dostałem dzięki życzliwości innych. Wiem jednak, że nie każdy w Polsce może liczyć na takie wsparcie. Dlatego chciałem podzielić się tym, co sam otrzymałem. Stworzyliśmy fundację, która pomagała finansować zakup protez, wspierała rehabilitację, oferowała pomoc psychologiczną, ale również starała się zmieniać sposób myślenia ludzi. A właśnie zmiana mentalności bywa często największym wyzwaniem.

Wyprawa na Elbrus była pierwszą ekspedycją zorganizowaną przez fundację. Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas tego przedsięwzięcia?

Pod względem kondycyjnym była to chyba najtrudniejsza wyprawa w moim życiu. Podczas pierwszej próby ataku szczytowego źle oszacowaliśmy czas i musieliśmy zawrócić mniej więcej w połowie drogi. Zrobiliśmy dzień przerwy, a następnie ponownie ruszyliśmy. Samo wyjście z ostatniej bazy, wejście na szczyt i powrót zajęło nam siedemnaście godzin. To było naprawdę ogromne wyzwanie fizyczne.

Film „Mój biegun”, wbrew tytułowi, nie opowiada o Twojej arktycznej wyprawie. Jakie niesie przesłanie i dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć swoją historię przed kamerą?

W pewnym momencie wraz z rodzicami musieliśmy odpowiedzieć sobie na ważne pytanie. Media dość mocno wkroczyły w nasze życie i trzeba było zdecydować, czy za wszelką cenę chronimy swoją prywatność, czy też uznajemy, że niektórymi bardzo osobistymi historiami możemy podzielić się z innymi. Ostatecznie wybraliśmy tę drugą drogę. Oczywiście wiązało się to z różnymi konsekwencjami – opiniami, ocenami, a czasem także hejtem. Nie zawsze było to łatwe. Początkowo nie byliśmy przekonani do pomysłu realizacji filmu, daliśmy się jednak przekonać scenarzystom. Chociaż film nosi tytuł „Mój biegun”, tak naprawdę opowiada przede wszystkim o relacji ojca i syna – w tym przypadku mojej relacji z tatą. Uważam, że w Polsce nadal stosunkowo rzadko rozmawia się o takich relacjach. Możemy dyskutować o wielu trudnych czy kontrowersyjnych tematach, ale rozmowa o rodzinie i więzi między ojcem a synem często okazuje się znacznie trudniejsza. W naszym przypadku była to relacja skomplikowana, ale z czasem doczekała się szczęśliwego zakończenia. Dziś z tatą łączy mnie przyjaźń. Widzę też, że dzielenie się tą historią ma sens. Jeśli może pomóc choćby kilku osobom lepiej zrozumieć własne relacje rodzinne, to warto było to zrobić.

W swojej pierwszej książce „Poza horyzonty” napisałeś, że podczas wędrówki przez Arktykę miałeś poczucie bycia bliżej Boga. Czy wiara odgrywa ważną rolę w Twoim życiu?

Tak, wiara jest dla mnie bardzo ważna i stanowi jeden z fundamentów mojego życia. Oczywiście droga wiary nie jest prosta. Choć dziś często mówię o wdzięczności, również za trudne doświadczenia, nie oznacza to, że potrafię przyjmować tragedie z otwartymi ramionami. Po pożarze domu, śmierci brata czy moim wypadku przeżywałem bunt, również wobec Boga. Mimo to jest to dla mnie bardzo ważna relacja. Myślę, że właśnie trudne doświadczenia często ją kształtują i sprawdzają. Podróże natomiast pomagają się zatrzymać. Nie tyle przybliżają do Boga, ile pozwalają odciąć się od wszystkiego, co na co dzień rozprasza – telefonów, maili, hałasu, reklam czy natłoku informacji. Kiedy przez wiele dni idzie się przez śnieg i lód Arktyki, a jedynym celem jest kierunek północ, można naprawdę oczyścić głowę. A to bywa niezwykle potrzebne.

Czym był dla Ciebie spacer po Jerozolimie, który opisałeś w drugiej swojej książce „Ostatnie dni Jezusa”?

To był dla mnie wielki dar. Wiele ciekawych projektów w moim życiu pojawiało się niejako samo i podobnie było w tym przypadku. Najpierw wziąłem udział w realizacji filmu dokumentalnego pod tym samym tytułem, a później powstała książka. Chodziło o spojrzenie na ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa przede wszystkim z perspektywy historycznej. Było to niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza dzięki współpracy z dominikaninem, ojcem Łukaszem Popko. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w takim projekcie. Mam też nadzieję, że pokazuje on, iż wiara nie musi oznaczać bezkrytycznego podejścia do wszystkiego. Sam jako osoba wierząca mam wiele pytań i zastrzeżeń wobec Kościoła. Nie istnieją przecież idealne instytucje ani idealni ludzie. Jednocześnie zgadzam się ze słowami Adama Nowaka z zespołu Raz, Dwa, Trzy, że trudno jest nie wierzyć w nic. Dlatego uważam, że warto rozwijać w sobie duchowość i szukać odpowiedzi na ważne pytania.

W którym momencie Jasiek Mela stał się Janem Melą?

Specjalnie dziś rano się ogoliłem, żeby trochę się odmłodzić (śmiech). Ale szczerze mówiąc, nadal nie czuję się Janem Melą. „Jan” brzmi dla mnie trochę zbyt poważnie. Może kiedyś, gdy zapuszczę porządną brodę albo będę miał jakiś tytuł naukowy przed nazwiskiem, to się do tego przekonam. Na razie zdecydowanie bliżej mi do Jaśka. Nie lubię tworzyć niepotrzebnego dystansu między sobą a innymi ludźmi.

Z podróżnika stałeś się także mówcą motywacyjnym. Skąd wziął się ten pomysł?

To była dość naturalna droga. Gdyby ktoś piętnaście lat temu powiedział mi, że będę utrzymywał rodzinę ze spotkań z pracownikami firm i korporacji, odpowiedziałbym: „Tylko nie to”. Ale wszędzie są ludzie, a ludzie są ciekawi. Nawet w miejscach, które z zewnątrz wydają się bardzo hermetyczne. W swojej pracy mam możliwość rozmawiania o kryzysach, trudnościach i wyzwaniach. Staram się znajdować wspólny język między doświadczeniami z podróży a prowadzeniem biznesu czy codzienną pracą. Najważniejsze jest dla mnie to, by robić to w sposób autentyczny. Cieszę się również, że mogę czasem przełamywać stereotyp mówcy motywacyjnego, który zawsze musi być herosem, twardzielem i człowiekiem sukcesu. Uważam, że nie zawsze trzeba robić dobrą minę do złej gry. Czasem warto przyznać się do słabości, błędów czy zwątpienia. Zdarza się, że po spotkaniu ktoś mówi mi: „Panie Jaśku, to było zupełnie inne wystąpienie, niż się spodziewałem”. I bardzo mnie to cieszy.

Osiągnąłeś w życiu więcej niż wielu ludzi w pełni sprawnych. Czym dziś jest dla Ciebie niepełnosprawność?

Przede wszystkim jest pewnym zbiorem ograniczeń, które trzeba zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Kiedyś usłyszałem bardzo mądre zdanie, że niepełnosprawność jest czymś, co nas kształtuje, ale nie determinuje. Bardzo bliskie jest mi takie myślenie. Staram się nie traktować swojej niepełnosprawności jako głównego wyznacznika tego, kim jestem. Po prostu jest jedną z moich cech. Tak samo jak ktoś może być niepunktualny, nieśmiały albo wyjątkowo cierpliwy. Oczywiście brak ręki i nogi wpływa na codzienne życie, ale nie definiuje człowieka w całości. Dlatego nie skupiam się na tym bardziej, niż jest to konieczne.

Czy Twoim zdaniem w Polsce zmienia się sposób postrzegania osób z niepełnosprawnościami?

Zdecydowanie tak. Patrząc na swoje ponad dwudziestoletnie doświadczenie życia z niepełnosprawnością, widzę ogromną zmianę. Oczywiście nadal wiele pozostaje do zrobienia. Dotyczy to zarówno mentalności, jak i rynku pracy, języka czy dostępności przestrzeni publicznej. Wciąż spotykamy się z absurdami. Przykładowo, ulga kolejowa, z której korzystam, nadal funkcjonuje pod nazwą „dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji”. Można się z takich rzeczy śmiać, ale jednocześnie warto je zmieniać, ponieważ bywają krzywdzące i nie przystają do rzeczywistości. Najważniejsza pozostaje jednak mentalność. To, czy podchodzimy do siebie z życzliwością i szacunkiem, czy dostrzegamy w innych ich mocne strony. Litość nigdy nie pomaga. Empatia – już tak.

Czy masz jeszcze marzenia lub plany, które czekają na realizację – zarówno podróżnicze, jak i zupełnie niezwiązane z podróżami?

Tak. Chciałbym znaleźć niedrogą działkę na Podlasiu, najlepiej z jakimś starym domem do niewielkiego remontu. Razem z żoną szukamy swojego miejsca na ziemi. Podróże są piękne i mam nadzieję, że będziemy nadal podróżować, również z dziećmi. Z biegiem lat coraz bardziej doceniam jednak znaczenie miejsca, do którego można wracać. Marzy mi się własny kawałek świata. Taki, gdzie można odpocząć, posadzić pomidory czy ogórki, pobyć blisko natury i po prostu zwolnić. Myślę, że właśnie taki spokojny, zwyczajny fragment życia jest dziś jednym z moich największych marzeń.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję. Cieszę się, że mogłem podzielić się swoją historią i doświadczeniami.

 

Data publikacji: 2.06.2026 r.

 

 

 

 

„Ostatnie dni Jezusa”

Rok wydania: 2024

 

 

Podróżnik Jan Mela i biblista Łukasz Popko OP spotykają się w Jerozolimie. Jan szuka w Świętym Mieście śladów Jezusa. Chce patrzeć na wszystko Jego oczami, podążać szlakami, które przemierzał, dotykać tych samych kamieni. Na swojego przewodnika wybrał dominikanina Łukasza Popko, który pomaga mu znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Książka jest zapisem ich rozmów, między innymi o tym: Jak wyglądało życie codzienne Jerozolimy w czasach Jezusa? Czy archeolog badający starożytność korzysta z nowych technologii? Czym są archeologiczne śmieci? Jak rzeczywiście wyglądała ostatnia wieczerza? Którędy przebiegała Droga Krzyżowa? Pytania, które tak naprawdę każdy z nas chciałby zadać – niekiedy wynikające z ludzkiej ciekawości, często z niewiedzy o tym, jak wyglądało życie na starożytnym Bliskim Wschodzie, a także inspirowane odwiedzinami historycznych miejsc.

Łukasz Popko OP, będąc w podwójnej roli – historyka i zakonnika, pokazuje nam perspektywę naukowca i osoby wierzącej. Te dwa światy łączą się w jedno w zapisach rozmów, które autorzy przeprowadzili w Jerozolimie w trakcie przygotowywania cyklu dokumentalnego „Ostatnie dni Jezusa” dla telewizji Polsat Rodzina. Publikacja jest poszerzoną wersją tych nagrań, zawiera dialogi, których nie udało się wykorzystać w produkcji telewizyjnej. Nad projektem pracowały dwie instytucje, Telewizja Polsat Rodzina oraz Wydawnictwo „W drodze”.

Źródło: https://wdrodze.pl/produkt/ostatnie-dni-jezusa/

 

„Mój biegun. Prawdziwa historia Jaśka Meli”

Rok premiery: 2013

 

 

„Mój biegun” to prawdziwa historia Jaśka Meli, najmłodszego w historii zdobywcy dwóch biegunów, a zarazem pierwszej niepełnosprawnej osoby, która dokonała takiego wyczynu. Zanim jednak do tego doszło, jego rodzina musiała poradzić sobie z serią tragicznych wydarzeń. Śmierć młodszego syna, a po kliku latach - ciężki wypadek nastoletniego Jaśka. To historia, w której rodzina odnajduje na nowo wiarę i miłość. Historia chłopca, który walcząc o powrót do normalnego życia, odnajduje w sobie siłę charakteru obcą niejednemu dorosłemu. To przepiękna opowieść o ludziach, którzy trwają razem pomimo tragedii i uczą się bolesne wydarzenia przekuwać w zwycięstwo.

Źródło: https://www.filmweb.pl/film/Mój+biegun-2013-596286

 

„Poza horyzonty”

Rok wydania: 2010

 

 

W 2002 roku Jasiek Mela był zbuntowanym trzynastolatkiem, który - podobnie jak wielu chłopaków w jego wieku - wierzył, że wie o życiu już wszystko.

24 lipca schronił się przed deszczem w altance, gdzie był transformator elektryczny. Przez jego ciało przepłynęło 15 tysięcy volt. W wyniku porażenia prądem stracił lewą nogę i prawe przedramię.

W ciągu ośmiu lat, które minęły od wypadku Jasiek zdobył biegun północny i południowy, podróżował po Lofotach, wspiął się na Kilimandżaro i Elbrus, przebiegł Maraton Nowojorski. Skończył szkołę, zaczął studia. I spotkał ludzi, bez których trudniej byłoby mu odzyskać nadzieję. Dziś prowadzi fundację Poza Horyzonty, by dać nadzieję innym.

Jasiek Mela jest chłopakiem, dla którego nie istnieją horyzonty. Idzie tam, dokąd chce i sięga po to, co zamarzy. Bo spełnianie marzeń to jego specjalność…

Źródło: www.empik.com