Rowerem po Amazonce, ciężarówką przez świat
Wywiad Roberta Mazurka z podróżnikiem Dawidem Andresem, hostem programu „Ciężarówką przez...”

Na początek chciałbym cofnąć się do źródeł Twojej pasji. Czy podróżowanie było w Tobie od zawsze, czy pojawiło się w którymś konkretnym momencie życia?
Myślę, że to przyszło bardzo naturalnie. Jako dzieciak, jeszcze w czasach komunizmu, człowiek marzył o świecie, który wydawał się wtedy kompletnie niedostępny. Zawsze wspominam też historię z dzieciństwa – byłem ministrantem, a ksiądz z naszej parafii wyjechał na misję i przysyłał zdjęcia z Madagaskaru. To robiło ogromne wrażenie. Później moi rodzice również próbowali wyjechać z Polski – chcieli przedostać się do obozu dla emigrantów w Austrii albo w Niemczech, dokładnie już nie pamiętam. Plan był taki, żeby ostatecznie wyemigrować do Australii. Myślę, że to właśnie wtedy ta ciekawość świata zaczęła we mnie kiełkować.
Jednym z najbardziej niezwykłych projektów, jakie zrealizowałeś, była wyprawa od źródeł do ujścia Amazonki. Skąd wziął się pomysł na tak ekstremalną podróż?
Miałem już za sobą różne podróże po świecie. Pracowałem między innymi na statkach i w wielu miejscach za granicą, ale cały czas czułem pewien niedosyt. Brakowało mi prawdziwej wyprawy, z dużym wyzwaniem. Wtedy przeczytałem książkę Joe Kane’a „Z nurtem Amazonki” o ekspedycji Piotra Chmielińskiego – pierwszego człowieka w historii, który przepłynął Amazonkę kajakiem z nurtem rzeki. To mnie niesamowicie zainspirowało. Pomyślałem, że właśnie czegoś takiego szukałem. Później poznałem Piotra, zaprzyjaźniliśmy się i bardzo wspierał mnie podczas mojej wyprawy. Ostatecznie razem z moim bratem Hubertem znaleźliśmy się w gronie nielicznych osób, którym udało się pokonać Amazonkę.
Jednym z najbardziej oryginalnych elementów tej wyprawy był specjalny rower wodny. Skąd wziął się pomysł na taką konstrukcję i czy sprawdziła się ona w realiach Amazonki?
Pomysł narodził się, kiedy zacząłem dokładniej analizować trasę wyprawy. Góry można było pokonać na kołach, ale w dżungli nie było żadnych dróg, więc potrzebowaliśmy czegoś, co będzie jednocześnie jechało i pływało. Wymyśliłem więc koncepcję takiego „amazońskiego roweru” i przekazałem ją mojemu koledze Piotrowi Przybyckiemu, który pracował w wojskowych warsztatach. Na bazie mojego pomysłu stworzył konstrukcję, dzięki której „przepedałowaliśmy” Amazonkę.
Czy ten sprzęt był niezawodny? Absolutnie nie. Na starcie wszystko działało dobrze, ale później rower wymagał ciągłych poprawek i modernizacji. Hubert cały czas obserwował, jak konstrukcja zachowuje się w warunkach Amazonii, i wprowadzał kolejne ulepszenia. Ostatecznie rower przeszedł pięć etapów rozwoju i dopiero pod koniec wyprawy można było powiedzieć, że stał się prawdziwym „rowerem amazońskim”.
Wspomniałeś, że w tej podróży towarzyszył Ci brat Hubert. Dlaczego właśnie jego zaprosiłeś do tej wyprawy? Czy ta ekspedycja rzeczywiście pomogła mu wyjść z trudnego momentu w życiu?
To był właściwie czysty przypadek. Hubert przez wiele lat zmagał się z uzależnieniem od narkotyków – brał przez dwanaście lat. Kiedyś powiedziałem mu, że jeśli będzie potrzebował pomocy, zawsze może na mnie liczyć. W końcu zadzwonił do mnie i przyjechał do Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie mój przyjaciel, z którym planowałem wyprawę, zrezygnował z udziału, więc zapytałem Huberta, czy chciałby pojechać ze mną. I to był strzał w dziesiątkę. Okazał się idealnym partnerem – dziś wiem, że nie mogłem trafić lepiej.
Ta wyprawa rzeczywiście bardzo mu pomogła. Choć przyznam, że dopiero później, kiedy przeczytałem książkę opisującą nasze doświadczenia, uświadomiłem sobie, jak ogromną walkę mentalną Hubert wtedy toczył i jak wiele kosztowała go ta podróż.
Podczas tej ekspedycji współpracowaliście również z legendą eksploracji Amazonki – Piotrem Chmielińskim. Jak doszło do tej znajomości?
Wszystko zaczęło się od wspomnianej już książki Joe Kane’a „Z nurtem Amazonki”. Po jej przeczytaniu wiedziałem, że Piotr Chmieliński mieszka w Stanach Zjednoczonych, ale szczerze mówiąc, nie miałem odwagi się do niego odezwać. Pomyślałem wtedy: „Polak Polakowi raczej nie pomoże” (śmiech). Dlatego zacząłem kontaktować się z innymi ludźmi, którzy pokonali Amazonkę. Jednym z nich był West Hansen, który również przepłynął rzekę kajakiem, tyle że od innego źródła. West sam inspirował się Piotrem Chmielińskim i dobrze się z nim znał – Piotr nawet towarzyszył mu na początku jednej z wypraw. Pewnego dnia West napisał do mnie i zapytał, czy chciałbym porozmawiać o Amazonce w swoim ojczystym języku z człowiekiem, którego nazywa się „ojcem chrzestnym Amazonki”. Byłem w szoku i szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że Piotr będzie chciał ze mną rozmawiać. Ostatecznie West nas połączył i bardzo szybko nawiązaliśmy świetny kontakt.
Już na samym początku wyprawy dokonaliście czegoś wyjątkowego – dotarliście rowerami do źródeł Amazonki. Czy mieliście świadomość, że robicie coś pionierskiego?
Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałem o biciu rekordów ani o tym, żeby za wszelką cenę zrobić coś „po raz pierwszy w historii”. Kiedy opowiadam o tej wyprawie podczas wywiadów czy spotkań, zawsze podkreślam, że pomysł podróży rowerem wziął się po prostu z biedy. Nie było nas stać na profesjonalne kajaki morskie czy drogi sprzęt ekspedycyjny, a rower to prosta i dostępna rzecz. Nasz „amazoński rower” był w gruncie rzeczy bardzo prostą konstrukcją – kilka pospawanych rurek i pontony. Same pontony zostały wykonane profesjonalnie przez firmę z Bielska-Białej, ale reszta była bardzo surowa i praktyczna. Właśnie dlatego nie myśleliśmy wtedy o sobie jako o pionierach. Po prostu chcieliśmy zrealizować swoją wyprawę. Dopiero później okazało się, że nikt wcześniej nie pokonał Amazonki w taki sposób. To wyszło naturalnie, ale nigdy nie było naszym głównym celem.
Czym najbardziej zaskoczyła Cię sama Amazonka? Czy były momenty, w których naprawdę obawialiście się o swoje życie?
Największe wrażenie zrobiła na mnie sama potęga Amazonki. Piotr Chmieliński wcześniej dużo opowiadał mi o tym, jak nieobliczalna i ogromna jest ta rzeka, ale dopiero na miejscu człowiek naprawdę to rozumie. Amazonka potrafi zmieniać się z dnia na dzień – raz jest spokojna, a chwilę później staje się niezwykle groźna. To żywioł, którego nie da się do końca przewidzieć.
Jeśli chodzi o niebezpieczne sytuacje, wiele z nich było nam już wcześniej znanych z relacji i książek ludzi, którzy pokonali Amazonkę przed nami. Wiedzieliśmy o piratach, trudnych spotkaniach z ludźmi i innych zagrożeniach, więc byliśmy na to mentalnie przygotowani. Oczywiście, kiedy takie sytuacje dzieją się naprawdę, stres jest ogromny, ale świadomość, że inni wcześniej przechodzili przez podobne doświadczenia, pomagała nam zachować spokój.
Wspomniałeś o piratach na Amazonce. Jak oni wyglądają?
Tak naprawdę wyglądają zupełnie zwyczajnie – jak każdy z nas. To nie są piraci rodem z filmów, tylko zwykli ludzie działający na rzece. Problem polega na tym, że bywają bardzo niebezpieczni. Na Amazonce funkcjonują grupy zajmujące się napadami, przemytem i handlem narkotykami. My z Hubertem trafiliśmy akurat na tych, których żartobliwie nazywam „bardziej inteligentnymi piratami”, czyli ludźmi szukającymi przede wszystkim kokainy. Ponieważ niczego takiego nie przewoziliśmy, skończyło się bez tragedii. Ale ci ludzie potrafią być absolutnie bezlitośni wobec osób zamieszanych w przemyt. Są też zwykli bandyci, którzy po prostu rabują każdego, kto pojawi się na rzece. Niestety wiele osób straciło tam życie właśnie z ich rąk.
Amazonia to dziś również temat globalnej debaty o klimacie i środowisku. Z Twojej perspektywy – czy rzeczywiście puszcza amazońska znika?
Tak, las amazoński znika w zastraszającym tempie. Kiedy ostatnio tam byłem, bardzo mocno rzuciło mi się to w oczy. Skala wycinki jest ogromna i robi naprawdę przygnębiające wrażenie. W niektórych miejscach dżungla znika tak szybko, że trudno znaleźć odpowiednie miejsce do rozwieszenia hamaka. Zdarzało się, że trzeba było przejść nawet kilometr od brzegu, aby znaleźć pojedyncze drzewo nadające się do noclegu.
Gdy dziś słyszysz słowo „Amazonka”, co pojawia się w Twojej głowie jako pierwsze?
O Jezu... Nawet teraz mam łzy w oczach. To była niesamowita przygoda i doświadczenie, które całkowicie mnie odmieniło. Myślę, że ta wyprawa bardzo mnie ukształtowała jako człowieka i sprawiła, że stałem się po prostu lepszy. Do dziś często wracam do niej myślami. Minęło już dziesięć lat od zakończenia tej podróży, ale jej wpływ na moje życie jest ogromny. Powiem nawet więcej – od czasu Amazonki przez te wszystkie lata ani razu nie pokłóciłem się z żoną. Ta wyprawa nauczyła mnie pokory, cierpliwości i zupełnie innego spojrzenia na życie.
A jak ta podróż wpłynęła na Twoją relację z bratem? Czy wspólne doświadczenia zbliżyły Was do siebie?
Bardzo nas do siebie zbliżyła, ale jednocześnie w pewnym sensie też oddaliła. Przeżyliśmy razem coś niezwykle intensywnego – sytuacje graniczne, ogromne emocje i doświadczenia, których większość ludzi nigdy nie doświadczy. To stworzyło między nami bardzo silną więź. Z drugiej strony taka wyprawa zmienia człowieka i każdy z nas inaczej przeżywał to, co wydarzyło się na Amazonce. Dlatego nasza relacja po powrocie stała się bardziej złożona.
Za tę ekspedycję otrzymaliście prestiżowego Kolosa w kategorii Wyczyn Roku 2015. Czym było dla Ciebie to wyróżnienie?
Tak naprawdę pojechałem na Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów „Kolosy” przede wszystkim z ogromnego szacunku do Piotra Chmielińskiego, którego razem z Hubertem nazywaliśmy naszym „amazońskim tatą”. Kiedy jechaliśmy na festiwal, nie myślałem jeszcze o nagrodach. Szczerze mówiąc, początkowo w ogóle nie planowałem zgłaszać tej wyprawy na żadne festiwale czy konkursy. Dopiero na miejscu pojawiła się myśl, że byłoby fajnie zdobyć tego Kolosa. Wtedy jednak nie do końca zdawałem sobie sprawę, jak wielkie znaczenie ma to wyróżnienie w środowisku podróżników. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Wiem już, czym Kolosy są dla ludzi związanych z podróżami i eksploracją świata, dlatego jestem naprawdę dumny z tej nagrody.
Można odnieść wrażenie, że ta wyprawa była momentem przełomowym – otwierającym Ci drzwi do kolejnych projektów, również telewizyjnych. Jak zmieniło się Twoje życie po Amazonce?
Ta historia potoczyła się bardzo ciekawie. Dzięki wyprawie poznałem Janusza Janowskiego, założyciela Kolosów, oraz jego żonę Anię. To fantastyczni ludzie, którzy stworzyli ten festiwal prawie trzydzieści lat temu. Dziś sam jestem związany z Kolosami – zasiadam w radzie i oceniam kategorię Wyczyn Roku, czyli tę samą, w której kiedyś otrzymałem nagrodę.
Po festiwalu nadal bardzo mocno żyliśmy z Hubertem tą wyprawą. Ja sam jeszcze przez kilka miesięcy po powrocie nie mogłem dojść do siebie po tym wszystkim, co przeżyliśmy. I wtedy zadzwonił do mnie Janusz. Powiedział, że kontaktowały się z nim stacje telewizyjne z pytaniem, czy może przekazać im mój numer telefonu, bo chciałyby nakręcić ze mną program. Zgodziłem się i właściwie od tego wszystko się zaczęło. Dziś wiem jedno – gdyby nie Kolosy i gdyby nie Piotr Chmieliński, prawdopodobnie nigdy nie trafiłbym do telewizji i nie byłoby programu „Ciężarówką przez...”.
Swoją ciężarówką przemierzyłeś tysiące kilometrów przez różne kontynenty – od Stanów Zjednoczonych, przez Azję, aż po Australię i Afrykę. Które miejsca były dla Ciebie największym wyzwaniem, a które dały Ci najwięcej satysfakcji?
Dużym wyzwaniem były dla mnie między innymi Wietnam i Indonezja, ale prawda jest taka, że właśnie takie miejsca lubię najbardziej. Nigdy nie ciągnęło mnie szczególnie do „wyidealizowanych” krajów, takich jak Australia, gdzie wszystko jest uporządkowane i przewidywalne. Po prostu kocham kraje tak zwanego trzeciego świata. Uwielbiam Azję, ale chyba najbardziej kocham Amerykę Południową – szczególnie Peru. Niedawno realizowałem też program „Ciężarówką przez Chile” i to było fantastyczne doświadczenie. Mam wrażenie, że im trudniej, dziko i mniej komfortowo, tym podróż staje się ciekawsza i daje większą satysfakcję.
Ile czasu w ciągu roku spędzasz w trasie? Czy przy takim trybie życia da się jeszcze zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym?
Ostatnio bardzo dużo jeżdżę po Polsce i spotykam się z ludźmi podczas prezentacji podróżniczych – tak jak dzisiaj w Radzyniu Podlaskim. Duża w tym zasługa mojej menadżerki i koleżanki, Malwiny Sypniewskiej, która wszystko organizuje. W praktyce bardzo mało bywam w domu. Teraz jestem w Polsce już od półtora miesiąca, choć w międzyczasie wyskoczyłem do Korei, żeby spotkać się z rodziną. Zarówno w tym, jak i w poprzednim roku, spędziłem poza domem większość czasu. Nawet kiedy nie nagrywam programów, pracuję jako kierowca ciężarówki – bez kamer i telewizji. W zeszłym roku mam wrażenie, że byłem w domu może dwa miesiące. Trudno mi już nawet dokładnie to policzyć.
A kiedy już wracasz do domu – kto wtedy przejmuje kierownicę: Ty czy Twoja żona?
Nie lubię jeździć samochodem i sam nawet nie mam własnego auta. Samochody mają za to moja żona i dzieci, dlatego kiedy wracam z pracy, zazwyczaj siadam na miejscu pasażera. Na co dzień to oni mnie wożą, a za kierownicę wsiadam tylko wtedy, gdy naprawdę muszę – choć szczerze mówiąc, nie sprawia mi to przyjemności.
Na koniec pytanie trochę z przyszłości – gdyby Twoje dziecko powiedziało: „Tato, chcę zostać kierowcą ciężarówki”, co byś mu odpowiedział?
Zawsze powtarzam dzieciom, żeby przede wszystkim się uczyły i rozwijały w różnych kierunkach. Po spotkaniach często podchodzą do mnie młodzi ludzie i mówią, że również chcieliby zostać kierowcami ciężarówek, ale problem polega na tym, że telewizja pokazuje tę pracę w bardziej atrakcyjny sposób, niż wygląda ona w rzeczywistości. Prawdziwa codzienność kierowcy to głównie jazda, tankowanie, postoje, jedzenie i spanie, dlatego jest to ciężka i wymagająca praca. W programach możemy pokazywać świat, ciekawych ludzi i różne miejsca, przez co wszystko wydaje się bardziej interesujące. Dlatego zawsze radzę młodym ludziom, aby zdobywali wykształcenie, rozwijali swoje możliwości i traktowali pracę kierowcy raczej jako alternatywę lub dodatkową drogę, a nie jedyny plan na życie.
I na zakończenie – czy po tylu przejechanych kilometrach i tylu niezwykłych miejscach na mapie świata jest jeszcze jakaś droga, która naprawdę Ci się śni?
Takim miejscem od zawsze była dla mnie Rosja. Od lat interesowałem się historią gułagów – przeczytałem chyba wszystko, co napisali ludzie, którzy przeszli przez to piekło. Fascynowała mnie zarówno historia tych miejsc, jak i ogrom oraz surowość tamtych terenów. Dlatego przez całe życie marzyłem, żeby pojechać tam rowerem. Chciałem dotrzeć aż do Władywostoku, a później promem przeprawić się na Kołymę – trasą, którą kiedyś transportowano skazańców. Marzyło mi się, żeby przemierzyć te miejsca właśnie na rowerze i zobaczyć je na własne oczy.
Data publikacji: 7.05.2026 r.